Donna Tartt, czyli dużo o niczym
Jeszcze do niedawna Donna Tartt była jedną z moich ulubionych autorek. Jej niesamowity styl pisania, wyjątkowo barwny język i nieprzeciętne umiejętności kreowania świata przedstawionego sprawiły, że zakochałam się w pierwszej powieści jej autorstwa, którą miałam okazję przeczytać – „Tajemnej historii“ – i co przyciągało mnie do kolejnych. Złożyło się jednak na tyle niefortunnie, że zaczęłam od najlepszej powieści w jej wykonaniu, a zakończyłam na najsłabszej.
Tartt jest utalentowana pod względem składania słów w większe całości (czego nie można powiedzieć o wielu innych popularnych autorach), jej pomysły na historie są fascynujące; przeczytawszy jednak wszytskie trzy powieści, które wyszły spod jej pióra, muszę z przykrością stwierdzić, że na wciągającym pomyśle czasami się kończy.
„Tajemna historia“ jest najlepiej „wykonana“ zarówno pod względem językowym, jak i treściowym. Czytając tę powieść, ma się poczucie, że obcuje się z literaturą rzadko spotykaną, sięgającą po motywy niejednokrotnie wcześniej wykorzystywane, ale przedstawione w świeży sposób. Książka została pozytywnie przyjęta przez krytyków, ale jej popularność i nowatorskość, a także to, że nie da się jej w prosty sposób zaklasyfikować do jednego podgatunku literatury, doprowadziły niestety do znacznego obniżenia jej rangi – wszystko przez powstanie pewnego rodzaju „pod-nurtu“, który zaczął korzystać z motywów „Tajemnej historii“ w sposób nieumiejęny, a pośledni pisarze zaczerpnęli nawet większe całości od Tartt, wklejając bezmyślnie całe elementy struktury powieści do swoich maszynopisów, byle tylko zachować kanon pod-nurtu „dark academia“, który nieumyślnie stworzyła Donna Tartt. Masowe powstawanie powieści „dark academia“ spowodowało, że „Tajemna historia“ zaczęła być wymieniana na jednym wdechu wraz z „If we were villains“, „The Atlas Six“, a nawet Harrym Potterem.
Abstrahując od tematu „dark academii“ czuję się w obowiązku wspomnieć o czymś, co kiełkowało już w „Tajemnej historii“, a co rozkwitło znacznie w „Małym przyjacielu“ i co wciąż przewijało się w „Szczygle“. Sprawne posługiwanie się językiem przez Tartt pozwala jej budować akapity, a nawet całe rozdziały, które nie zawierają w sobie zbyt wiele treści. Muszę przyznać się do tego, że w pewnym momencie lektury byłam naprawdę gotowa odłożyć „Tajemną historię“ i po prostu o niej zapomnieć – przebrnięcie przez rozdział, w którym Richard spędza przerwę zimową, marznąc w wytwórni skrzypiec, było dla mnie nielada wyzwaniem. Tartt przekonała mnie dalszą częścią swojej powieści, a jej debiut zagościł na stałe w moim sercu, jednak jej frywolna tendencja do pisania o niczym tylko nabrała na sile.
Mimo tego, że „Mały przyjaciel“ jest kolejną chronologicznie powieścią, zdecydowałam się najpierw wspomnieć „Szczygła“, który zapewnił Donnie Tartt nagrodę Pulitzera. W dyskursie krytyckoliterackim zdania na temat tej pozycji są podzielone; podczas gdy „Szczygieł“ ma wielu fanów, niektórzy docenieni krytycy literaccy pozwolili sobie na mniej przychylne opinie. Michiko Kakutani, James Wood, Lorin Stein wyliczyli „Szczygłowi“ pewne grzechy, które trudno przeoczyć.
Muszę tutaj zrobić dygresję – wytłumaczyć się z tego, co za chwilę napiszę. Dzięki „Tajemnej historii“ i nagrodzie Pulitzera za „Szczygła“ Donna Tartt weszła do kanonu literatury wysokiej (w przekonaniu czytelników, a jak wiadomo to oni decydują, co się czyta i co się sprzedaje). Wspominając o grzechach „Szczygła“, nie neguję tego, że książka może się podobać, że wielu fanów czekało na ekranizację. Sama czytałam ją pół roku (z powodów, o których zaraz wspomnę), ale po dogłębnej kontemplacji jej treści doceniłam ją bardziej niż zaraz po dotarciu do ostatniej strony powieści.
„Szczygieł“ to historia, która zapowiada się fascynująco, pierwsze dwa rozdziały miały potencjał wprowadzenia Czytelnika w świat, od którego nie można się oderwać. Niestety kolejne rozdziały nie dotrzymały im tempa. Powieść dla dorosłych opowiadała w ogromnej części o nastolatku – w niektórych momentach można było łatwo poczuć się jak w powieści young adult. „Szczygła” czytało się w mojej opinii tak, jakby miał co najmniej milion stron.
Jednak dopiero „Mały przyjaciel“, którego przeczytałam jako ostatnią powieść Tartt, spowodował, że zaczęłam kwestionować geniusz pisarki. Ponownie – zafascynował mnie pomysł, który wydawał się na pierwszy rzut oka najciekawszy ze wszytskich trzech, z których powstały powieści Tartt. Od razu pokochałam także klimat opowieści (czego nie mogę powiedzieć o „Szczygle“), który od razu przywiódł mi na myśl „Gdzie śpiewają raki“ i „The River We Remember“ – „Mały przyjaciel“ zapowiadał się jako retro powieść z morderstwem w tle, a ja do ostatniej strony czekałam na to, że dowiem się, kto zabił.
Oprócz tego, że główną bohaterką była dwunastolatka, na pierwszy rzut oka w książce dużo się działo, miało się czasem wrażenie, że wydarzenia pędzą i zmierzają bezpośrednio do kulminacyjnego rozwiązania – niespodziewanego, drastycznego, może nawet przerażającego. Nic takiego się jednak nie stało (podobny zarzut powstawiłam jakiś czas temu „The Atlas Six“). Zakończenie było bardzo otwarte, a przez to zupełnie nijakie. Spojrzenie na treść z perspektywy ostatnich stron odkryło przede mną bardzo smutną prawdę – „Mały przyjaciel“ to powieść o niczym owinięta w barwny język, którym posługuje się Tartt, a także okrągłe zdania, które składają się na całe akapity, których redaktor prowadzący z jakiegoś powodu nie wyciął.
Ogromnym zarzutem dla tej powieści jest dla mnie także polskie wydanie, z którym miałam okazję się zapoznać, zawierające wiele błędów, które zostały przeoczone przez redaktora i korektora: literówki, brakujące przecinki (nie tylko w miejscach mało oczywistych, ale także tych, w których pominięcie przecinka to już przestępstwo). Dobrzy redaktorzy i korektorzy są gwarancją jakości książki – nawet najlepsza powieść nie będzie dobrze przyjęta, jeśli zostaną w niej błędy, które zauważą nawet laicy (nie-redkatorzy i nie-korektorzy).
Literatura wysoka, którą literacki świat stara się utrzymywać ostatnimi siłami, nie ma szans na przetrwanie, jeśli Czytelnicy powzolą na jej stopniowe „obniżanie“. Zagrożenie dla Dobrej Literatury stanowi w tym momencie już nie tylko fala książek o wątpliwej jakości literackiej i językowej zalewająca rynek książki, ale także zmniejszenie wymagań dla literatury, którą chcemy uważać za dobrą czy wysoką.
„Tajemna historia“ wprowadziła Donnę Tartt na piedestał, natomiast jej kolejne książki trafiają na niego głównie dlatego, że są opatrzone jej rozpoznawalnym nazwiskiem i dopiskiem „autorka „Tajemnej historii““ lub „powieść laureatki Pulitzera“.
Komentarze
Prześlij komentarz